Spór o miedzę z geodetą w tle

Jak wiadomo krwawa wojna między Kargulami a Pawlakami zaczęła się od podorania miedzy "na cztery palce".

 Bo miedza na wsi to świętość, a wszelkie zmiany granic uważane były i są nadal, za największe przestępstwo.

A ponieważ za chłopa robię - zajmuję się wszak ogrodnictwem, to i ta przypadłość stała się moim udziałem. Klasyczny spór o miedzę. A jak do tego doszło i czym skutkuje?

Akurat jest letni czas na takie opowiastki, wszak ku przestrodze i pouczeniu pisane.

Zmieniając profil zawodowy, z racji wymogów formalnych, musiałem mieć minimum 1 ha ziemi, aby być uznanym za chłopa nie tylko z nazwy, ale i stanu posiadania. Niezbyt wygodnie z uwagi na odległość, ale udało mi się nabyć nico ponad hektar ziemi pod Tarczynem. Na cele stricte rolnicze to mało, ale w ogrodnictwie, gdzie liczy się raczej praca niż areał, to dość. Ziemia kiepska, ale z ciekiem wodnym - uznałem, że to dobry teren, aby tam hodować rośliny mateczne dla moich upraw pojemnikowych.

Z czasem wybudowałem tam pomieszczenie gospodarcze z myślą o przetrzymywaniu narzędzi, a i schronienia przy deszczu - ot takie konieczne działania. Doszła do tego potrzeba ogrodzenia terenu.

Pojechałem do Urzędu Miasta i Gminy zapytać, czy są jakieś wymogi związane z ogrodzeniem. Żadnych ograniczeń. No to rozpocząłem prace. I w tym momencie nastąpiła interwencja sąsiadki, że nie jest wykluczone, iż wchodzę na jej teren.

 

Tu potrzebne wyjaśnienie. Tak jak napisałem na początku - wieś kieruje się obyczajem, czyli ustalonymi granicami. Bywa, że jest tam jakiś kamień, ale generalnie są to ustalenia między sąsiadami. Ustalenia geodezyjne to raczej sankcjonowanie granic zwyczajowych.

Granicę między moją działką, a sąsiadki "w stanie naturalnym" wyznaczała linia budynków jej gospodarstwa, a której przedłużeniem była linia określająca granice naszych działek. Tak określona była moja posiadłość kiedy to byłem przedstawiany sąsiadom jako nowy właściciel.

Można zatem powiedzieć, że żądanie sąsiadki wykraczało poza te pierwotne ustalenia - w końcu to nie ja je określałem, a jedynie przejmowałem w posiadanie. Niemniej na wsi lepiej 3 razy stracić niż wejść w konflikt - bo jak u Kargula i Pawlaka będzie on ciągnął się przez pokolenia. Zatem - znowu pojechałem do urzędu z zapytaniem o ustalenie granic. Tam stwierdzono, że oni mają tylko mało szczegółowe mapy, a granice powinien wyznaczyć geodeta po uzgodnieniu z PODGiK w Piasecznie.

Zleciłem zatem wykonanie rozgraniczenia nieruchomości w lokalnej firmie geodezyjnej "Andal", która to firma miała swoje biuro w Tarczynie. Prace nadzorował i wykonywał uprawniony geodeta  p. Pleskot.

Cóż, okazało się, że istniała rozbieżność między naturą, a zapisami geodezyjnymi.Granice zostały stosownie przesunięte i to w sposób dla mnie niekorzystny - linia budynków gospodarstwa sąsiadki została "przekoszona", co skutkowało przesunięciem narożnika o ok. 2 m z jednej strony na moją niekorzyść, a z drugiej, od strony centrum wsi, o ok. o, 5 m na moją korzyść. Działka ma długość ok. 200 m, co łatwo przeliczyć na powierzchnię.

Wartość ziemi w tamtym czasie nie była zbyt duża, ale musiałem rozebrać już zbudowany fundament ogrodzenia. Trudno - lepsze to niż sąsiedzka animozja. Sąsiadka z triumfem rozniosła wieść "po wsi", a ja machnąłem na sprawę ręką bo kwestia nie miała dla mnie aż tak istotnego znaczenia mimo, że sugerowano mi walkę o uznanie naturalnych granic jakie zastałem.

 

W zasadzie sprawa powinna na tym się zakończyć. Geodeta przygotował mapki terenu z oznaczeniem punktów węzłowych określając ich położenie z opisem na mapach geodezyjnych. Wkopał też słupki geodezyjne. Z wykonanych prac sporządzony został protokół przyjęcia granic nieruchomości. Zakończeniem procesu jest przekazanie protokołu do PODGiK w Piaseczne i do tego wspomniany geodeta p. Plaskot się zobowiązał - taki jest zresztą wymóg kończący pracę.

I tu problem, bo geodeta tego nie dokonał.

Kilka lat później występowałem o pozwolenie na dobudowę budynku gospodarczego, a do tego potrzebne są mapy geodezyjne. Okazało się, że nie zostały tam naniesione zmiany wynikające z protokołu przejęcia.

W tej sytuacji udałem się do wspomnianej firmy geodezyjnej z pretensjami, że umówiona praca nie została zakończona. Były tłumaczenia, że prawdopodobnie chodzi o przenoszenia stanu map na nośniki elektroniczne i stąd zamieszanie, ale sprawa zostanie wyjaśniona. W rozmowie z Kierowniczką działu map PODGiK w Piasecznie prosiliśmy o sprawdzenie , czy nastąpiło wywiązanie się z umowy tak, aby na mapy można było wnieść stosowne zmiany. Miałem dowiedzieć się po jakimś czasie.

No i wiadomo - to nie jest kwestia "pierwszej potrzeby".

 

Tymczasem kilka dni temu ( w tzw międzyczasie przekazałem tę posiadłość synowi, bo ja już emeryt), syn poprosił o obecność przy ustalaniu punktów granicznych działki - wykonywanych przez inne przedsiębiorstwo geodezyjne w związku z planami przebudowy wiejskiej ulicy.

Okazało się, że protokół przyjęcia granic nieruchomości dalej nie został przekazany; gdyby był - nie byłoby potrzeby obecności przy jego ustalaniu. Wystarczyłoby sprawdzenie zgodności.

I tu ciekawostka. Tenże punkt geodezyjny określający granice działek wypadł kilkadziesiąt centymetrów od miejsca wkopanego słupka geodezyjnego (tym razem na moją niekorzyść),  a do tego nie było też tego słupka - jakoś znikł. (miejsce było wyznaczone tuż przy  słupku ogrodzeniowym - stąd pewność miejsca jego zakopania).

 

W tej sytuacji ponownie odwiedziłem biuro firmy geodezyjnej - tym razem już z pretensjami. Tu wspomniany geodeta, p. Pleskot po prostu wyparł się tego, że jego obowiązkiem było zgłoszenie tej pracy w PODGiK, a jak mi się nie podoba, to mogę pisać skargi.

Pożegnaliśmy się mało przyjaźnie. Cóż, chyba byłem zbyt ufny i zbyt zawierzałem ludzkiej uczciwości.

Tego typu przypadki zdarzają się dosyć często. W znacznym stopniu mogą wynikać z różnic między granicami działek ustalanymi w naturze, zwyczajowo, a zapisami geodezyjnymi. Niekiedy wynika to też z niedoskonałości dawnych urządzeń pomiarowych. Ale bywa to też wynikiem niefrasobliwości, a niekiedy i nieuczciwości geodety. Znajomy opowiadał, że nie mógł być akurat przy wyznaczaniu granic działki (gdzieś pod Mszczonowem), a geodeta przesunął mu granicę o kilkanaście metrów - straciłby ok. 0,5 ha.

Dopiero po awanturze, po wykazaniu, że jest to ewidentne przesunięcie, łaskawie zmienił punkty geodezyjne.

 

Niniejszą powiastkę dedykuję wszystkim posiadaczom, a i zamiarującym posiadanie. Bo często nie chodzi nawet o same granice, ale o konflikty jakie mogą na tym tle się pojawić. Bo nie jest ważne czyje, co je, ale ważne co je moje. O!!!

Krzysztof J. Wojtas

Krzysztof J. Wojtas - Zainteresowania z różnych dziedzin. Wszystko po to, aby ustalić wartości, jakimi warto się kierować w wyborach.

Podobał Ci się post? Wystaw ocenę!

5

liczba ocen: 6

  • @ Autor

    Nie chciałbym nawoływać do nowych waśni, ale tego "geodetę" to trzeba byłoby "posadzić" na ten słupek geodezyjny.

    Oczywiście 5*

    Serdecznie pozdrawiam.

    Ps.
    Już przyleciałem! :-)

  • Jest metoda...

    ...na złego sąsiada
    Poczekać aż umrze.
    Źli ludzie szybciej umierają.

    • Jest metoda...#Oświat

      Człowiek musi mieć wroga. A teraz trudno o porządnego. Jak obecny umrze - skąd wziąć nowego?

      • Jest metoda...#Oświat#Krzysztof J. Wojtas

        Skoro już wiemy co z tą miedzą, to czekamy na następną notkę o uprawach, co i jak się uprawia i ile na tym się można dorobić, zarobić.

        • Jest metoda...#Oświat#Krzysztof J. Wojtas#Oświat

          Teraz lato to robimy nic - znaczy odpoczywamy. Znaczy jesteśmy na emeryturze, Znaczy jak wiosną było tak circa 14 godzin pracy, to teraz tak koło 8 (średnio).

          A uprawy - trzeba podlewać pomidory i inne rośliny. Muszę, jak lekarz, codziennie przejść, popatrzyć podlać itd.
          Na polu mam dynie - Hokkaido , Sweet Dumpling i ozdobne. Inne w małych ilościach. No i kartofle, ale chwastów tyle, że łęcin ie widać. A tu, gdzie widać - jest stonka. Musiałem znowu potraktować Mospilanem.
          Sukcesywnie żona "obrabia" wiśnie, śliwki, porzeczki i ogórki. Jest fasola, selery, pory, papryka i trochę innych zielsk, do których podchodzę ze wstrętem. Najchętniej bym się po prostu walnął i poleżał.
          Sprzedaży o tej porze raczej brak - tylko robota przy utrzymaniu, pielęgnacji.
          Chciałbym się ponudzić.

    • Jest metoda...#Oświat

      A gdzie tam! Źli ludzie żyją 90 lat i dłużej

      • Jest metoda...#Oświat#Kris

        Książek Filip czy Rothschild to są dobrzy ludzie i długo żyli.
        Co innego źli ludzie, ci żyją krótko, dla przykładu taki Cezar, Napoleon, Hitler, Mussolini, długo nie pożyli.

  • Chory, chorszy, trup.

    Przepraszam najmocniej, a czy niewidzialna ręka wolnego rynku nie rozwiązuje takich problemów z nierzetelnymi firmami?
    Mnie dawno temu przekonywano że w "kapitalistycznej gospodarce taki rzemieślnik czy inny usługodawca musi się starać solidnie wykonywać obowiązki żeby nie stracić klienteli".
    Czy nie?

    Może odpowiem sam sobie. W zdrowej, kapitalistycznej gospodarce taki geodeta ma nałożone z jakimś naczelnikiem, czy kierownikiem w urzędzie, dzięki czemu cycka państwowe bo z samych prywatnych zleceń by nie wyżył. W związku z czym może mieć głęboko w dupie jednego, czy drugiego facia co mu się granice nie zgadzają.

    • Chory, chorszy, trup.#Vladimír Vašek

      ,,W zdrowej, kapitalistycznej gospodarce ..."

      Też są kanciarze i złodzieje.
      -My to nazywamy biznes,-jak mnie pouczył pewien amerykański biznesmen.

    • Chory, chorszy, trup.#Vladimír Vašek

      Ta notka jest tylko po to, aby wyjaśnić zjawisko, a przy okazji wskazać "po imieniu" tego delikwenta. Z kolei - gdybym nie sprawdzał papierów, to pewnie po jakimś czasie mogłoby się okazać, że np. moja działka jest mniejsza .

  • znaki geodezyjne

    Przyjechał geodeta, zakopał znaki geodezyjne i pojechał. Po kilku miesiącach znaki geodezyjne zniknęły. No geodeci też muszą z czegoś żyć, a namnożyło się ich chyba trochę za dużo.

    • znaki geodezyjne#krzysiekniepieklo

      teoretycznie - bzdura.
      Bo słupek geodezyjny jest po to, by przy jakichś następnych pomiarach go odszukać zgodnie z zapisami na mapach geodezyjnych. Przy pomiarach satelitarnych - to kwestia kilku centymetrów.
      W moim przypadku - mimo, że mam protokół ustalenia granic itd, wobec tego, że nie został on dostarczony do urzędu - nie naniesiono stosownych zapisów na mapach. A to może być powodem do animozji - sam słupek przecież może być ukradziony, czy tp. Ważne są zapisy punktu.

      • znaki geodezyjne#krzysiekniepieklo#Krzysztof J. Wojtas

        ,,Sprzedaży o tej porze raczej brak...."

        A to pan Krzysiu bajki opowiada.
        Przecież sezon ogórkowy dopiero się zaczął (przynajmniej tu na Warmii).
        W okolicach Warszawy zapewne w pełni.
        A ceny dobre, wysokie i kolejki po świeżo zebrane z pola.
        Ciekawe po ile na targowisku w Falentach, a może w Warszawie?
        Tak dla porównania.

        • znaki geodezyjne#krzysiekniepieklo#Krzysztof J. Wojtas#Oświat

          Nie prowadzę produkcji - robię głównie (i to od chyba 7 lat) sadzonki warzyw i ziół + mam byliny.
          Warzywa do jedzenia - dla siebie. Reszta rozchodzi się po rodzinie i znajomych.

        • znaki geodezyjne#krzysiekniepieklo#Krzysztof J. Wojtas#Oświat

          A przepraszam.
          jak mam nadwyżkę dyń - to oddaję do ZOO. Mam tam znajomego hipopotama.

    • znaki geodezyjne#krzysiekniepieklo

      No bo trzeba było obfotografować te znaki ze wszystkich stron, jak jeszcze stały.

  • KJW

    Słusznie, że nie wspomniał pan ile na tym się zarabia. Mieszczuchy i ci wszyscy na etatach w Biedronkach, Lidlach, czy za biurkiem w urzędzie nie powinni wiedzieć ile zarabia człowiek, który sam sobie musi organizować pracę, zaopatrzenie, magazynowanie, zbyt, jakie z tym związane ponosi nakłady, straty, przeciwności.
    Pamiętam czasy gdy byłem czynnym rzemieślnikiem.
    Pan dyrektor zjednoczenia dostawał służbowy samochód z kierowcą, gabinet, biurko, telefon, sekretarkę, papier, skoroszyt, długopis, i nie płacił ani za ogrzewanie gabinetu, ani za wodę, światło, sprzątanie , remont dachu i konserwacje.
    Ja jako rzemieślnik musiałem płacić za wszystko z własnej kieszeni, za narzędzia i maszyny, za cegły i cement na budowę zakładu, za wyliczane podatki za wybudowany budynek, za samochód, za naliczane ryczałty i bezprawnie i bezkarnie doliczane domiary.
    A tego z derektorka ściskało w dołku, że on jeździ starym używanym fiatem, pardon, jego dupa była wożona, a ja nowym Polonezem
    Po transformacji nie było lepiej, bo niejeden stracił to co zarobił, tracąc jednocześnie swoją firmę i podstawy egzystencji.
    A dziś jak jest?
    Niech powiedzą ci co prowadzą biznes.